Dzieciństwo&Powołanie – wywiad z abp Grzegorzem Rysiem

Wywiad rzeka z abpem Grzegorzem Rysiem, metropolitą łódzkim.

Jakie było dzieciństwo Księdza Biskupa? Jak ono się kształtowało. Czy od początku było religijne, czy może jednak był Ksiądz Biskup młodym buntownikiem?
abp Grzegorz Ryś: Nie, chyba w dzieciństwie, to nie sądzę, żebym był wielkim buntownikiem. Zresztą, przeciwko czemu miałbym się buntować? Miałem fajną rodzinę – mam do dzisiaj, bo rodzice jeszcze żyją, brat żyje.
Powiedziałbym, że to dzieciństwo bardzo łagodnie mi przepłynęło. Zasadniczo w dzieciństwie są takie paradoksy. Rodzice pracowali, więc mnie i brata wychowywała tak naprawdę jedna siostra zakonna. Tego czasu nie pamiętacie i nie macie czego żałować, to był taki czas, kiedy siostrom zakonnym pozamykano przedszkola, pozabierano ochronki. Komuniści ich powyrzucali z wszystkich instytucji publicznego życia, no i te siostry ratowały się na rozmaite sposoby. Jedną z takich form było to, że dochodziły do domów, do rodzin i pomagały w wychowywaniu dzieci, więc mnie taka siostra Bolesława Służebniczka wychowywała. Mnie i brata. Było to bardzo fajne doświadczenie, bo to była kobieta z krwi i kości. Jak trzeba było, to potrafiła wyegzekwować na nas różne rzeczy, najczęściej przy pomocy takiej drewnianej łyżki do mieszania, takiej dużej kopyści; ale nie mieliśmy ani cienia wątpliwości, że nas kocha przy całej takiej dyscyplinie, dość twardej. To było fajne doświadczenie, bo wiara się stawała czymś takim zwykłym w rodzinie, takim naturalnym. Ja na przykład nigdy nie miałem potrzeby w dzieciństwie, żeby być ministrantem. Mój brat był, ja nie byłem. Gdzieś tak bliżej ołtarza to się pojawiłem dopiero w wieku młodzieńczym, jak pojechałem na Oazę. Potem byłem na II stopniu. To po drugim stopniu człowiek zostaje ceremoniarzem i ląduje przy ołtarzu, ale zasadniczo wcześniej nie. Jakoś mnie tam wcale w stronę ołtarza nie ciągnęło, ale takie sympatyczne było to dzieciństwo.

Przygotowując się do wywiadu, znalazłem informacje o tym, że Ksiądz Biskup uwielbiał jeździć na rowerze i grać w piłkę nożną. Czy teraz ma Ksiądz Biskup czas na kontynuowanie swoich pasji?
abp Grzegorz Ryś: Nie, na rowerze nie jeździłem, ale miałem wyjątkową frajdę, bo tata przywiózł mi, takie auto na pedały. To w ogóle był hit. On miał jakiś wyjazd do Moskwy i w tej Moskwie kupił to auto. Tego nie idzie inaczej wytłumaczyć jak tylko w ten sposób, że z kolei jak on był małym dzieckiem, to dostał od swojego ojca konia na biegunach, którego dziadek przyniósł z Częstochowy do Łososiny Górnej na plecach. I ja myślę, że to jest u nas w genach przekazywane, to się robi taką tradycją rodzinną. Więc jak tata kupił to auto na pedały, no to ja, po całych plantach krakowskich na tym aucie jeździłem. Jako mały chłopak oczywiście. To był hit na tych plantach, nikt nie miał samochodu na pedały.
Piłkę? Tak. W piłkę zawsze kochałem grać. Chyba dość wcześnie też zacząłem chodzić po górach. Oczywiście najpierw z bratem, ale to są oczywiście takie rozrywki wieku przełomu podstawówki i liceum.
Od dziecka też była pasja rysowania i pasja historii. Pasja historii chyba wzięła się stąd, że kiedyś mi tata dał książkę pod tytułem Matejko. I to nie chodzi o to, że ja zacząłem bardzo czytać tę książkę, natomiast tam były reprodukcje obrazów, historycznych obrazów Matejki, takie na planszach składanych, duże reprodukcje, czarno – białe, doskonałe i myślę, że wtedy się zaczęło, tzn. gdzieś miałem pytanie – o co biega w tej historii, czemu to było takie ważne wydarzenie, że aż warte takiego obrazu? Gdyby nie ta książka o Matejce pewnie nie byłbym historykiem. Pierwsza, druga klasa szkoły podstawowej to ja już wiedziałem, że to pasja na życie, od której nie ucieknę.

Jednak potem przyszło powołanie?
abp Grzegorz Ryś: Tak, ale wydawało mi się długo, że nie da się tego połączyć. I jak na trzecim roku wybiera się seminarium naukowe, to ja poszedłem na seminarium biblijne, bo myślałem sobie: co to za ksiądz — historyk, jakieś bzdury. I chodziłem na to seminarium biblijne miesiąc, a po miesiącu poszedłem do mojego mistrza życiowego, czyli do ks. prof. Kracika, który nam wykładał historię przez pierwsze dwa lata, więc znaliśmy się i spytałem, czy mnie jeszcze przyjmie, a on tak popatrzył na mnie i mówi „no myślałem, że nie przyjdziesz”. Nie da się uciec od niektórych rzeczy. Jak się kocha, to się nie ucieka. Ja miałem takie poczucie, że powinienem, a potem to już tak poszło, że na czwartym roku zacząłem robić drugi fakultet z historii Kościoła. No i to zaczęło się samo mielić.

Zaczęliśmy rozmawiać o powołaniu Księdza Biskupa. Czym tak naprawdę jest powołanie i jak je rozeznać?
abp Grzegorz Ryś: Myślę, że dzisiaj odpowiem inaczej niż wtedy, kiedy byłem klerykiem. Bo też jednak od tamtego czasu trochę tej refleksji we mnie narosło i bardzo do mnie przemawia to, co napisał Jan Paweł II w Pastores dabo vobis, że powołanie są to tak naprawdę dopiero święcenia. Powołanie do kapłaństwa to są święcenia, bo powołanie to jest wydarzenie. To nie jest tylko to, że ja mam jakieś predyspozycje, albo mam jakieś pragnienie, bo to jeszcze nie wystarcza. Powołanie przychodzi wydarzeniem. To znaczy: Kościół udziela mi święceń i jeszcze mi biskup mówi – a tam jest parafia, na którą ksiądz teraz pójdzie. I jest łaska i misja. Będąc w seminarium nie ma się powołania do kapłaństwa tylko na drogę do kapłaństwa i Pan Bóg używa różnych znaków, żeby zachęcić młodych chłopaków, żeby przyszli. W stosunku do mnie też takich użył. To pamiętam; te wydarzenia, dla których poszedłem do seminarium, ale myślę, że już w seminarium było dla mnie oczywiste, że przyjście do seminarium nie oznacza jeszcze powołania do kapłaństwa. Zaczyna się długi proces. Sześć lat rozeznawania przy pomocy ludzi, których Kościół przy mnie postawił. Na pewno jest bardzo istotne, żeby w tym rozeznawaniu wobec tych ludzi, którzy biorą za to odpowiedzialność być otwartym, jakoś tam przejrzystym, no bo jak nie jestem przejrzysty w stosunku do nich, to się nie mogę oprzeć na ich zdaniu w żaden sposób. Więc myślę, że była we mnie taka uczciwość w odniesieniu do przełożonych, do ojców duchownych. Były takie momenty w seminarium, że naprawdę musiałem bardzo mocno opierać się na opinii ojca duchownego. Są różne sytuacje. Czasem chcesz iść, czasem nie chcesz iść. Myślę, że jakby ktoś tego nie miał, takiej trochę nawet huśtawki w ciągu tych lat seminaryjnych, to by mogło tylko znaczyć, że niepoważnie podchodzi do tematu. To jest długi proces. Można wskazać momenty, dla których ktoś przychodzi do seminarium. Czasem nie można wskazać takich momentów, ale jest w seminarium i wie, że jest u siebie, na swoim miejscu. Czasem dopiero patrzy wstecz i widzi, że także oto szło, że mu się życie jakoś logicznie układa w tym kierunku. Pan Bóg się różnie posługuje.

A ten decydujący moment, kiedy Ksiądz Biskup postanowił, że „tak, to jest to”?
abp Grzegorz Ryś: To było 13 maja 1982 roku. Była manifestacja w Krakowie przeciwko stanowi wojennemu. Ja nie poszedłem na tę manifestację, bo byłem dziesięć dni wcześniej, 3 maja i przyszedłem ostatni do domu. Rodzice wtedy prawie że osiwieli, no bo tata z bratem już zdążyli wrócić, wiedzieli, że ja poszedłem, a nie wracam. Nie było szans, żebym trzynastego poszedł. Za to tata z bratem oczywiście poszli. Wtedy był naprawdę dramatyczny kocioł w ręku urządzony przez ZOMO i przez Milicję Obywatelską. A my z rodzicami mieszkamy stosunkowo niedaleko Rynku, więc i te odgłosy, i widok gazów łzawiących, które były wtedy wypuszczane na tych manifestantów to wszystko było widać i słychać. No i ja jakoś wtedy postanowiłem pójść do seminarium. W takim poczuciu, że musi być jeszcze jakiś inny sposób na to zło.

Czy w seminarium miewał Ksiądz Biskup momenty załamania, bezradności spowodowane w nauce, modlitwie?
abp Grzegorz Ryś: Przez naukę to nie. Z dwa razy może byłem bliski oblania egzaminów, ale ich nie oblałem. Zawsze twierdzę, że jak się zaczyna, jak człowiek jest na granicy oblania egzaminu, to dopiero wtedy zaczyna się przygoda na egzaminie. Nie rozumiem studentów, którzy się poddają. Nie wiem, to zaczynam walczyć, więc z nauką problemów nie miałem, ale takich duchownych napięć różnych, zmagania się ze sobą – wyjść, nie wyjść, zostać, dlaczego zostać, to mi życie nie szczędziło w seminarium. To jest ogromnie ważne, bo inaczej trudno jest mówić o powołaniu. Jeśli jestem w oparciu o swoją własną decyzję i wyłącznie o takie od początku do końca rozeznanie „tak to jest to, tu chcę być i stąd się nie ruszę”. Musi być coś, co człowieka wyrzuca po to, żeby odkrył, że będzie tylko księdzem, jeśli Pan Bóg będzie tego chciał, a jak nie będzie, to nie będzie.

Mówiąc o swoim dzieciństwie, wspomniał Ksiądz Biskup o Oazie. Co dała Księdzu Biskupowi formacja w tej wspólnocie? Czy była ważnym momentem w życiu Księdza Biskupa?
abp Grzegorz Ryś: Myślę, że dała mi wszystko to, co powinna mi dać formacja oazowa. Bogu dziękuję, że miałem świetnych moderatorów, którzy nie traktowali oazy jako wyjazdu wakacyjnego na zasadzie „róbmy co chcemy i nazwiemy to oazą”. Z pierwszego stopnia do dziś pamiętam nabożeństwo wybrania Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela w czwartym dniu oazy. Drugi stopień to już było wydarzenie wielkie, byłem z takim księdzem, który dzisiaj już niestety nie żyje. Ks. Janusz Nanowski, to jeden z najważniejszych moderatorów Ruchu Światło Życie w naszej diecezji, specjalista od liturgii, zakochany w liturgii, rozumiejący ją, a drugi stopień jest liturgiczny i jeszcze z tym okazaniem Księgi Wyjścia i właśnie Paschy starotestamentalnej ze szkołą liturgii. Nanowski nam zrobił taką szkołę liturgii na drugim stopniu, że ja miałem z niej notatki jak szedłem do seminarium. Gdy tam mieliśmy wykłady z liturgiki, to niczego nowego się nie dowiedziałem tak naprawdę, więc to niezwykłe doświadczenie. Potem już pojechałem na KODa, wtedy ta cała trasa, cała droga do tego, żeby być animatorem była dużo krótsza, a później dostałem krzyż animatorski. Jako animator jechałem znowu na drugi stopień prowadzić już grupę, potem wreszcie na trzeci Stopień Poznania Kościoła. To, co jest rytmem formacji oazowej, czyli wybór Pana Jezusa jako Pana i Zbawiciela, odkrycie go w liturgii, wydarzeniu paschalnym i wejście z tym w Kościół, to jest absolutnie całość fundamentalna w formacji człowieka. Zawsze miałem takie wrażenie przy oazie. Dzieliłem się tym wrażeniem z ks. Bolczykiem, z którym się znamy dobrze, że brakuje w oazie czwartego stopnia. Ks. Blachnicki go nie napisał, bo nie zdążył. Umarł przedwcześnie. Brakuje rekolekcji, które miałyby za temat odnalezienie się chrześcijanina w świecie. Blachnicki napisał książkę, która mogła być zalążkiem tego czwartego stopnia, ale nigdy nie została przekształcona w taki program formacyjny, już rekolekcyjny. To się do tej pory się nie stało. W ruchu nikt nie poszedł w tym kierunku i stąd nieraz pada oskarżenie, że prowadzimy człowieka do odkrycia wiary i do przeżycia liturgii Kościoła, natomiast on nie za bardzo potem wie jak się ma w tym wszystkim odnaleźć w świecie. Po święceniach kapłańskich jeździłem na oazy i też prowadziłem oazę rodzin, a to co było też niesłychanym doświadczeniem, to prowadzenie rekolekcji metodą oazową dla ludzi chorych, niepełnosprawnych. Fantastycznie się ta formacja sprawdzała, także w przypadku takiej wspólnoty ludzkiej. Potem dodatkowo zrozumiałem jej wielkość, kiedy Pan Bóg sprawił, że wszedłem na drogę neokatechumenalną, że się spotkałem z tą drogą w Londynie. I widziałem jak tak naprawdę w Kościele rozwija się rzeczywistość, która ma wiele twarzy, ale te same zasady. To znaczy – Słowo, liturgia, mała wspólnota – to może być w Ruchu Światło Życie, to może być na drodze neokatechumenalnej, może być we wspólnocie charyzmatycznej, czy Wiara i Światło. To może być cokolwiek. Może być Chrześcijańskie Braterstwo Chorych i Niepełnosprawnych i za każdym razem jest tam trójnóg, od którego wszystko zależy – doświadczenie Boga w Słowie, w liturgii i małej wspólnocie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.